Relatywnie jesteśmy do przodu

Pewnie powinnam skupić się na czymś innym. W końcu słońce świeci, a pies się do mnie uśmiecha. Tylko ogonem, ale jednak.

Mogłabym skupić się na futbolu. Jak połowa ludzkości dziś.

Na wakacyjnych planach ewentualnie.

A tymczasem nie potrafię pozbyć się sprzed oczu zadowolonego z siebie Donalda Trumpa.

Gdzieś obiło mi się o uszy, że Donald próbuje nawigować w kierunku pokojowej Nagrody Nobla. Stąd spotkanie z Kimem. Stąd relatywizowanie tego co się w Korei Północnej dzieje.

Bo może i ten Kim to trochę „bad boy”, ale za to jaki wyjątkowy, skoro tyle udało mu się osiągnąć. I to w sumie w dość młodym wieku.

No i obiecał przecież, że przystopuje z tą bronią atomową. Że żadne konkrety nie padły? Dżentelmeni nie rozmawiają o konkretach. Podobnie jak o pieniądzach. Konkrety zostawmy dla plebsu.

Pewnie już najwyższy czas przyzwyczaić się, że wyższe dobro poświęca się dla dobra niższego. W tym wypadku dobrem wyższym będzie światowy pokój, a konkretniej uniknięcie nuklearnego konfliktu.

Dobrem niższym jest los Koreańczyków.

Niewiele wiemy o tym jak żyje się w Korei Północnej. To co wiemy jeży włosy na głowie.

I ok. Niech jeży. Nie będziemy chować głowy w piasek i udawać, że nie jeży. Ale bądźmy również pragmatyczni: poświęcenie tysięcy mieszkańców azjatyckiego kraju z końca świata, w celu uniknięcia nuklearnego Armageddonu, wydaje się mieć sens.

Może gdyby to byli Europejczycy… Może gdyby ten kraj był tu, na wyciągnięcie ręki… Może wtedy robiłoby to nam większą różnicę. W końcu zamachy terrorystyczne w Paryżu czy Londynie są szeroko komentowane. Rządy podejmują działania. Ludzie oglądają wiadomości. Ludzie są oburzeni. Ludzie zastanawiają się dokąd zmierza ten świat.

Jednak to tylko jacyś tam Koreańczycy. I właściwie nie wiemy co tam się dzieje. Ktoś? Coś? Jakieś wstrząsające reportaże w wiadomościach? No właśnie! A co z oczu – to z serca.

Coś tam się obiło o uszy. Coś o umieraniu z głodu na ulicach. Coś o jedzeniu szczurów. Może nawet coś jeszcze gorszego.

Ale lepiej zostawmy szczegóły. Bo w końcu weekend. Bo Mistrzostwa Świata. Bo nie każdy musi zasypiać z tymi obrazami przed oczami. Tak jak ja zasypiam ostatnio.

 

Tymczasem świat karmi narcyzm Donalda. Komentatorzy spierają się nad znaczeniem całej tej imprezy. Epokowe wydarzenie? A może tylko kroczek? Tak czy inaczej: do przodu. Na pewno do przodu.

Przyzwyczajamy się, że miejsce Kima jest na salonach. Wśród wielkich tego świata. W blasku fleszy.

Relatywizm moralny. Tak się to chyba nazywa.

 

Gdzieś przeczytałam o matkach zmuszonych topić swoje dzieci w wiadrach.

Ale to przecież nie może być prawda.

Advertisements

We wtorki i czwartki – fruwamy

Najpierw pojawiły się plakaty. A raczej ogromne postery.

Dziewczyna z posterów była oszałamiająca. Tancerka. Jednak nie baletowa. Raczej taniec współczesny. Bosa, z rozpuszczonymi włosami, w luźnej, krótkiej sukience. Piękna, eteryczna. Absolutnie nie na miejscu w nowoczesnym Fitness Centre.

Obok dziewczyny tylko jedno słówko: „Barre”. Sprawdziłam od razu – bo ja akurat należę do tych, którzy lubią wiedzieć.

Wyszło na to, że mamy do czynienia z kolejną, rewolucyjną dziedziną fitness. Bo i spala się setki kalorii, i to co powinno być wymodelowane, modeluje się pięknie („A zwłaszcza nogi! Nogi jak marzenie później!”).

Pomyślałam: co mi tam! Spróbuję! Gdzieś tam w środku ukrywa się przecież ta moja wewnętrzna baletnica. Nie wie o niej nikt oprócz mnie, ale to nie znaczy, że nie istnieje. Nikt nie kręci takich piruetów jak ona. Jej arabeski – nie mają sobie równych. Jak przystało wewnętrznej baletnicy – piruety i arabeski są również wewnętrzne.

Zajęcia Barre wydały mi się świetną okazją, żeby przenieść te wyczyny do świata realnego.

Na pierwsze, pokazowe zajęcia, szłam w przekonaniu, że balet nie broni się w dzisiejszych czasach. Jeśli pojawią się więcej niż trzy osoby – będzie można mówić o sukcesie.

Sala była pełna. Baletowe aspirantki w przedziale wiekowym 16 – 70+ karnie stały przed ścianą luster, gotowe zacząć kręcenie piruetów. Jeszcze nie piękne łabędzice, ale już w gotowości do przeistoczenia.

 

Cóż mogę powiedzieć dziś… Nasze instruktorki wyglądają pięknie, a ich arabeski są niemal bez zarzutu. My… Na pewno się staramy. Wierzymy, że z każdym tygodniem będzie lepiej. Kto by pomyślał, że takie fruwanie, sprawiające wrażenie, że grawitacja nie istnieje, jest jednocześnie tak ciężką pracą?

Ktoś kto spojrzy na nas z boku, pewnie nie będzie pod wrażeniem. Tu trochę za ciężko, tu niezdarnie. Na obroty najlepiej spuścić zasłonę milczenia. Nawet praca rąk pozostawia sporo do życzenia.

Jednak, w środku, każda z nas jest tancerką.

Fruwamy.

Z tym się nie da dyskutować, prawda?

I Ty możesz zostać trendsetterem. A nawet influencerem – jak dobrze pójdzie.

Właśnie ktoś wspomniał, że hygge się przeżyło. Możliwe, że tylko chwilowo, ale jednak.

Spójrzmy prawdzie w oczy: podczas upalnego lata, hygge traci trochę ze swojej atrakcyjności. Jakoś te kocyki, sweterki i ciepłe skarpety mniej kuszą. Kubek gorącej kawy zastępujemy oszronioną szklanką czegoś… dobrego, zależnie od upodobań; nie będę wchodziła w szczegóły.

Skandynawia, a konkretniej Finlandia, i w tym wypadku nie próżnuje. Finowie lansują nowy trend. Podejrzewam, że trend ma szansę zdobyć ogromną popularność w upalne letnie miesiące. Co więcej niektórzy już osiągają w nim mistrzostwo, nawet nie zdając sobie sprawy, że stali się trendsetterami.

Dużym plusem tej skandynawskiej nowinki jest jej dostępność finansowa. Odważyłabym się nawet powiedzieć, że jest na każdą kieszeń. Odstresowująca, bliska naturze, bez zadęcia – w końcu pochodzi z Finlandii.

Nazywa się Kalsarikännit i musi się świetnie sprawdzać po stresującym, gorącym dniu.

Wykonanie jest dziecinnie proste. Po takim właśnie, upalnym, stresującym, z piekła rodem, dniu, wracamy do domu, rozbieramy się do bielizny (w końcu wciąż jest gorąco) i spożywamy zdecydowanie więcej alkoholu niż zalecana norma. I to wszystko. I już jesteśmy trendsetterami. A może nawet influencerami (wyobraźcie sobie te fotki na Instagramie).

Źródła, do których udało mi się dotrzeć, nic nie wspominają o syndromie dnia następnego. Wydawałoby się, że powinny: bo i upał, i cały ten alkohol… Może odpowiedzi na tę zagadkę należy szukać w tym, że rzecz dzieje się w Finlandii. A to w końcu naród w spożyciu wytrenowany. No i upały mniejsze.

 

Wystarczy więc tylko dobrać idealne bokserki lub satynową koszulkę i mamy gotowy przepis jak zostać gwiazdą internetu.

Który to przepis oddaję w każde chętne ręce. Absolutnie za darmo i bez zobowiązań.

Cecilia

Czy miłość bywa ślepa?

Pewnie długo musiałabym szukać kogoś kto odpowie „nie”.

Miłość bywa ślepa.

Czasami widzi księcia, kiedy dla wszystkich wokół jest jasne, że to najzwyklejsza żaba.

 

Nie jedyny to jednak rodzaj ślepoty powodowanej przez miłość.

 

Kiedy wczoraj wychodziłam z pracy, Cecilia nie chciała otworzyć oczu. Możliwe, że nie miała siły otworzyć oczu.

Cecilia ma prawie 90 lat, białaczkę, złamane kilka tygodni temu biodro. Waży 43 kilo. Z powodu choroby, ale także dlatego, że odmawia jedzenia. Właściwie nie odmawia – po prostu nie je. Udaje się ją namówić na kilka, może kilkanaście, kęsów dziennie. Pewnie dla świętego spokoju.

Cecilia jest silną kobietą – bez wątpienia. Chucherko wyniszczone chorobą, lecz dusza z żelaza. Siła woli – nie do złamania.

Wczoraj Cecilię odwiedziła córka. Po prawie trzech tygodniach nieobecności – była na wakacjach. Żeby nie było wątpliwości: nie winię jej. Różnie się w życiu układa. Wakacje najpewniej były zaplanowane od dawna. Rak nęka Cecilię od lat. Trudno było spodziewać się nagłego pogorszenia. Trudno było spodziewać się złamania kości biodrowej.

Szok córki także mogę zrozumieć: po trzech tygodniach zastała zupełnie inną kobietę. Kiedy wyjeżdżała, Cecilia była samodzielną, niezależną starszą damą. Co prawda, choroba wróciła po raz kolejny, lekarze zastanawiali się nad kolejną chemią, jednak Cecilia trzymała się nieźle.

Dziś nie jest w stanie stanąć o własnych siłach, o chodzeniu nawet nie wspominając.

Jej córka jednak nie zamierzała przyjąć tego do wiadomości. W dodatku, najwyraźniej, silną wolę odziedziczyła po mamie.

W pokoju Cecilii toczyła się bitwa. Bezgłośna. Dla niewprawnego oka pewnie niezauważalna. Tematem przewodnim było: „Wiem, że postanowiłaś się poddać, ale ja się na to nie zgadzam”. Cecilia stała na z góry straconej pozycji. Jak mogła wprost powiedzieć ukochanej córce, że jedyne czego chce, to umrzeć?

Cecilia dała się przetransportować z łóżka na stojący obok fotel. Wmusiła w siebie kilka łyżeczek truskawek ze śmietaną. Od czasu do czasu próbowała się uśmiechać. A nawet dała sobie nałożyć na usta odrobinę szminki w kolorze ciemnej fuksji.

„Zobaczysz – jeszcze będziemy maszerowały godzinami po plaży. Jak zawsze. Zobaczysz. Tylko musisz się za siebie wziąć. Razem się weźmiemy. Przypilnuję jedzenia. Wiem jaki z ciebie uparciuch, ale ja też jestem uparta…”.

Szczebiotanie nie milkło godzinami. Cecilia wtapiała się w fotel. Jakby było jej coraz mniej. Jakby znikała.

Kiedy jej córka wyszła, a my z powrotem położyłyśmy ją do łóżka, nie chciała otworzyć oczu.

 

Kto z nas nigdy nie popełnił grzechu ślepej miłości? Kto z nas nigdy nie wiedział lepiej, czego tak naprawdę potrzebuje ukochana osoba?

 

Czy to, że przecież chcieliśmy dobrze, wystarczy, żeby te grzechy zostały nam odpuszczone?

Slow life po czterdziestce

Gdybym napisała, że życie zaczyna się po czterdziestce, byłoby to oczywiste kłamstwo. Jestem pewna, że zgodzą się tu ze mną wszyscy ci, którzy są przed czterdziestką. Niektórzy z nich (zwłaszcza ci SPORO przed czterdziestką) mogą mieć za to nie do końca zdefiniowane, aczkolwiek i tak przerażające, obawy, że po czterdziestce życie się kończy.

Otóż nie. Życie po czterdziestce z reguły wciąż trwa i miewa w dodatku sporo dobrych stron. Bo większość z nas jest już wtedy na etapie, na którym przestała się kopać z koniem i zaakceptowała rzeczywistość taką jaką ona jest.

Ten moment spojrzenia prawdzie w oczy często zdarza się oczywiście i przed czterdziestką. Podobno są i tacy szczęśliwcy, którzy rodzą się z realistycznym podejściem do świata i swoich szans na przyszłość. (Choć czy rzeczywiście szczęśliwcy? Może walka z wiatrakami i wiara w niemożliwe powinny być częścią młodości? Tak jak nieprzespane noce, szalone imprezy i plany, które nie mają prawa się spełnić, choć czasami, o dziwo, się spełniają.)

Pewnie warto przejść przez swój własny okres burzy i naporu, żeby doceniać później spokojne wody i przytulne przystanie.

Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami dwudziestokilku- i trzydziestolatkowie, których życie często także toczy się w szalonym tempie. Jednak to inny rodzaj szaleństwa.

Praca, dzieci, mieszkanie… A może jednak dom? A może inna praca? Kiedy będzie idealny czas na dziecko? Czy w ogóle istnieje coś takiego jak idealny czas na dziecko? Czy my w ogóle znajdziemy jakikolwiek czas na dziecko? A jeśli w ogóle – to czy to powinien być jedynak, czy co najmniej dwójka? A może wyłącznie rodziny wielodzietne mają sens? Czy zostać tutaj? Bo może jednak emigracja da nam większe szanse na sukces? Czy rzeczywiście tego mężczyznę wybrałam póki śmierć nas nie rozłączy?… Czy to wciąż ta kobieta, którą kochałem bez pamięci?…

Mimo niezaprzeczalnego uroku tego wieku, chyba nie chciałabym być raz jeszcze dwudziestokilkulatką.

Po czterdziestce – z reguły – wszystkie najważniejsze decyzje zostały już podjęte. Dzieci podrosły na tyle, że nie potrzebują nieustannej troski, opieki i zainteresowania. Niektóre już się usamodzielniły albo są tego bardzo bliskie.

Może więc życie nie zaczyna się po czterdziestce, ale życie innej jakości ma szansę po czterdziestce się zacząć. Nie dla każdego oczywiście ta zmiana jakości będzie pozytywna. Sama mam znajomych, którzy lubią życie w oku cyklonu. Nie zwolnili po czterdziestce i najpewniej nie zwolnią w przewidywalnej przyszłości.

Ale to nie ja. Ja doceniam moje dzisiejsze… slow life. Oczywiście – pracuję. Ten punkt nie zmieni się najpewniej w najbliższych latach (chyba, że wygram miliony w Lotto, co nie wydaje się zbyt prawdopodobne; szczególnie, że zasadniczo w ogóle nie grywam). Jednak nawet w pracy moje podejście się zmieniło. Nie traktuję jej jak bożego dopustu, nieuniknionego zła. Dostrzegam i doceniam jak dużo mi ona daje. Staram się ją widzieć jako dar. I to nie na zasadzie, że po prostu mam pracę, w związku, z którą co miesiąc wpływa mi na konto kwota wystarczająca na wszystko co mnie i moim bliskim jest potrzebne. Pracuję z ludźmi chorymi na raka. Wielu z nim towarzyszę w ostatnich chwilach. To dar – jak inaczej mogłabym to nazwać?

Oprócz pracy jest jednak cała reszta, którą próbuję celebrować. Rozmowy, wspólne posiłki, książki, filmy, gotowanie, spacery. Czasami po prostu siedzenie i słuchanie ptaków. Próbuję przeżywać chwile świadomie. Próbuję szukać przyjemności w drobnych czynnościach, których i tak nie da się uniknąć. Myślę: cała tajemnica w nastawieniu. Jeśli postanowisz sobie, że życie będzie sprawiało ci przyjemność, szanse, że rzeczywiście tak będzie – rosną.

Idę na zumbę czy jogę, dlatego, że później czuję się dobrze. Nie traktuję ich jako ciężkiej pracy w celu zgubienia nadprogramowych kilogramów. Jeśli jednak przy okazji coś zgubię – super (to się chyba nazywa wartość dodana).

Parę razy nie zrobiłam czegoś co, wydawałoby się, powinnam bezapelacyjnie zrobić. I wiecie co – świat się nie zawalił. Świat najwyraźniej w ogóle nie zauważył moich potknięć. Albo – co bardziej prawdopodobne – ma je głęboko w nosie.

W wolne dni celebruję poranki. Kawa w łóżku. Czasami odcinek ulubionego serialu. Czasami książka.

Śpię lepiej. Dużo lepiej. To rozkoszne uczucie zasypiać niemal natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki.

Nie jestem perfekcyjna. Nie będę perfekcyjna. Nie chcę być perfekcyjna.

Nie zdobędę szczytów.

Daję sobie prawo do bycia szczęśliwą, bez wyrzutów sumienia.

Gotowa jestem się założyć, że i przed czterdziestką jest to wykonalne.

Chcecie bajki? Oto bajka…

Początki przyjęłam z pozytywnym zainteresowaniem. Może nawet i nutka niedowierzania się pojawiła. W końcu mieszkam w Wielkiej Brytanii już kilka lat. Uwierzcie, że całkiem spora część Brytyjczyków, jeszcze całkiem niedawno, nie przyjęłaby do wiadomości, że członek rodziny królewskiej może poślubić kogoś takiego jak Meghan Markle. I to nie jakiś tam członek rodziny królewskiej. Nie jakiś tam daleki kuzyn. Nie. Sam książę Harry!

Książę Harry! I to kogoś takiego jak Meghan! Amerykańską aktoreczkę. Bo gwiazdą to na pewno nie można jej nazwać. Tyle, że w jakimś serialu się pokazała. Zdecydowanie nie ta sama liga co księżna Grace z Monaco. Bycie Amerykanką ewentualnie jeszcze można jej wybaczyć. Ale nie do końca białą Amerykanką? Nie, oczywiście nikt tu nie jest rasistą, jednak… Nie zapominajmy też, że to rozwódka. W dodatku starsza od Harry’ego.

Niedowierzanie było zdecydowanie powszechne. Negatywne tony – bardziej… podskórne. Niby „It is so lovely”, że Harry jest szczęśliwie zakochany i że królewski ślub na horyzoncie. A jednak pod tymi wszystkimi: czarujące, słodkie, niesamowite, czaiło się coś innego.

Bo to nie tylko kraj z bajkową rodziną królewską. To także, to przede wszystkim, kraj, gdzie ludzie wybrali Brexit. To kraj, w którym rządzi – nie, nie królowa; i nawet nie Theresa May – to kraj, w którym rządzi „Daily Mail”, „The Sun” i inne, podobne im, bulwarówki. Może i politycy wierzą, że to oni byli architektami Brexitu, ale ja nie wątpię, że nie byłoby Brexitu bez brytyjskiej prasy popularnej. Bez cierpliwego i, czasami subtelnego, czasami wprost przeciwnie, wsączania w uszy i mózgi Brytyjczyków, niechęci do innych, do obcych. Znamy to i z Polski, prawda? Z tym, że w UK nie da się tak aż tak wprost i bez specjalnych ograniczeń, jak u nas. To, mimo wszystko, kraj, który szczyci się byciem krajem tolerancyjnym i demokratycznym. To, mimo wszystko, kraj, który JEST tolerancyjny i demokratyczny. Dlatego jad w umysły wsącza się subtelnie, delikatnie i umiejętnie. Dlatego wrzucony na facebooka komentarz: „A ja jakoś nie wierzę tej Meghan. Coś w niej fałszywego. Jakby angielskie dziewczyny nie były wystarczająco dobre…” – zostaje zakrzyczany, a polityczna poprawność wygrywa.

Może więc nie mam racji? Może wsączanie jadu przestało działać? Może nikt już nie zakłada, że biały, Brytyjski książę musi być lepszy od amerykańskiej Mulatki, która grywa w serialach.

Chciałabym w to wierzyć, tak bardzo jak wciąż chcę wierzyć w bajki i dobre zakończenia. Staram się. Udaje się, ale nie zawsze.

Doświadczenie mi podpowiada, że ta bajka może się spełnić dla Harry’ego i Meghan. Oboje są młodzi, otwarci. Oboje raczej nie z tych, którzy pozwalają sobie jad w dusze wsączać.

W tą bajkę wierzą tysiące tych, którzy pojawili się w Windsorze, żeby obserwować ślub na żywo. Miliony przed telewizorami. Współczesne młode kobiety, znające swoją wartość, jak Meghan. Dziewczynki, z otwartymi buziami wpatrujące się w ekran, które wierzą, że gdzieś tam, w przyszłości, i na nie czeka idealny książę.

 

Mieszkam w Wielkiej Brytanii już kilka lat. Słyszałam wiele narzekań na ten kraj. Przede wszystkim od Polaków. Sami Brytyjczycy są tu bardziej powściągliwi. Tak samo jak powściągliwi są w chwaleniu swojego kraju. Cóż, rezerwa to ich drugie imię.

Z pewnością nie jest to idealne miejsce na ziemi. Książęta – na chwilę obecną – wszyscy już zaobrączkowani, więc trudno spodziewać się nowych bajek. Brytyjczycy, którzy wciąż czują się o ułamek procenta lepsi niż reszta ludzkości (nie winię ich aż tak bardzo, w końcu nie tak dawno byli władcami imperium). Pogoda – czasami pozostawiająca wiele do życzenia. Podskórna niechęć do innych…

A jednak… To miejsce, które w tej chwili wydaje się być jednak idealniejsze niż Polska. Bo tu ludzie z zapartym tchem oglądają królewskie śluby, a nie marsze, w których obywatele walczą o swoje prawa. Bo Brytyjczycy przynajmniej starają się ukryć swoje poczucie wyższości nad resztą ludzkości; na pewno nie szczycą się nim tak jak część moich rodaków. Bo tu, gdzie mieszkam prawie nie ma burz i komarów. Bo, gdyby tutaj rodzice z niepełnosprawnymi dziećmi przez miesiąc koczowali w parlamencie… Nie, takiej opcji nie ogarnia nawet moja bujna wyobraźnia.

W pojedynku „Szansa na bajkę” moim zdaniem, niestety, Wielka Brytania wygrywa z Polską. Mają książąt i księżniczki. Księcia Harry’ego i Harry’ego Pottera. Mgliste wieczory. Wrzosowiska. Mają kwitnącą demokrację. A ta – wbrew pozorom – w bajkach sprawdza się całkiem nieźle. Bo to także dzięki niej nie całkiem biała rozwódka feministka wychodzi za idealnego księcia. Tłumy wiwatują. A to co podskórne chowa się jeszcze głębiej pod skórą. Przy odrobinie szczęścia – zniknie na zawsze.

Morze drugiej kategorii

Do tych, którzy zazdroszczą mi codziennej bliskości morza: każdy kij ma dwa końce.

Owszem, mam na wyciągnięcie ręki szum fal i spacery o zachodzie słońca. Niby super. A jednak wszyscy wiemy jak to jest z rzeczami „na wyciągnięcie ręki”. Nie korzystamy z nich. Właśnie dlatego, że są pod ręką. Zawsze jest coś pilniejszego niż spacer po plaży. Plaża nie zniknie do jutra. Ani nawet do przyszłego tygodnia.

Z tego powodu, w ostatnich miesiącach, widziałam morze dwa razy (plus kilka z okien samochodu, ale to się nie liczy).

Dodatkowo moje uczucia do miejscowego morza są lekko ambiwalentne. Bo plaże kamieniste; o rozgrzanym słońcem piasku można tylko pomarzyć. A samo morze to właściwie nie morze, tylko Kanał. (English Channel – Brytyjczycy nie przyjmują do wiadomości istnienia Kanału La Manche. Nawet nie próbujcie ich przekonywać, że reszta świata ma na mapach Kanał La Manche. Ja próbowałam – nie polecam.) Niby więc morze, w gruncie rzeczy przypomina raczej spore jezioro. Dzikość i nieprzewidywalność żywiołów – niedostrzegalna. (Nie twierdzę, że nie istnieje. Pewnie istnieje. Jednak w bardzo subtelnej formie.)

Wiecie czego jeszcze mi brakuje? Tęsknoty. Oczekiwania. Na te kilka tygodni nad morzem czekało się cały rok. Tęskniło się od chwili powrotu. Właściwie od chwili, gdy zatrzaskiwały się drzwi samochodu lub pociągu, a my ruszaliśmy w drogę powrotną.

W dzieciństwie wszystkie wakacje spędzałam nad Bałtykiem. Jechaliśmy tam z południa, spod samych gór prawie. 400, 500, 600 kilometrów. Długie, rozgrzane słońcem dni. Gęsia skórka i sine z zimna wargi, kiedy mama nie mogła się doprosić, żebyśmy wreszcie wyszli z wody. Słony smak skóry. Piegi na nosie. Włosy rozjaśnione słońcem, niemal do białości. Wieczory pachnące smażoną rybą. Lepkie od cukrowej waty palce. Piasek – wszędzie. We włosach, butach, walizkach. Muszelki. Bursztyny. Słonawy, jedyny w swoim rodzaju zapach powietrza. Jeden z moich ukochanych.

 

Tu morze nie pachnie.

Mamy za to klify, na które przyjeżdżają ludzie z całego świata, żeby skoczyć i stylowo zakończyć życie.

Mamy klimatyczną marinę.

Jest Pier ze złotymi kopułami.

Morze (bo to przecież jednak morze, nawet jeśli tylko kanał) z reguły jest srebrzyste. Srebrno-niebieskie. Srebrno-zielone. Srebrno-szare.

 

To morze jest dalekie od ideału. A jednak mam mgliste przeczucie, że wciąż znajdą się tacy, którzy będą mi zazdrościć 😉.